Kiedyś wydawało mi się, że Brazylia to tylko karnawał, samba i piłka nożna. Jednak zmieniłam zdanie będąc tam osobiście. Moje zwiedzanie zaczęłam od Recife (zwanego brazylijską Wenecją), następnie udało mi się przemierzyć pustkowia największego skupiska zwierząt na świecie - Pantanalu -a następnie dojechać do niesamowitych wodospadów na pograniczu Brazylii i Argentyny - Foz do Iguacu. Stamtąd już tylko Rio de Janeiro i "Miasto Boga".
Brazylia to kraj niewyobrażalnych rozmiarów słynący z setek wspaniałych plaż, ojczyzna jedynego w swoim rodzaju karnawału. Zachwyca pięknem i wysokim poziomem piłki nożnej, a przede wszystkim przyjacielskim nastawieniem ludzi i radosną chęcią życia. Naprawdę było warto spędzić prawie dobę w samolotach i na lotniskach aby się tam dostać !!!
Tak jak wspomniałam wcześniej pierwszym miejscem jakie miałam okazję zobaczyć była stolica stanu Pernambuco - Recife. Miasto nazywane jest brazylijską Wenecją- mnóstwo tu mostów pobudowanych na licznych rzekach, a odnowione centrum z wieloma kolonialnymi budowlami robi naprawdę ogromne wrażenie.
Na wzgórzu wznoszącym się nad Recife położone jest nieduże lecz bardzo urokliwe miasteczko - Olinda. Znajduje się tan ok. 400 kościołów i kapliczek. Wędrując po wąskich, stromych uliczkach tego miasteczka dotarliśmy do miejsca skąd rozpościera się niezapomniany widok na Recife i wybrzeże Atlantyku:
Pełno tu artystów (rzeźbiarzy czy malarzy), którzy inspirację czerpią z bardzo klimatycznych placyków i zakamarków tej okolicy.
Pomimo tego, iż plaże w Recife są bardzo piękne, kąpiel może być niebezpieczna ze względu na krążące w pobliżu stada rekinów.
Na okolicznych plażach panują znakomite warunki do uprawiania wszelakich odmian surfingu -nazwa stanu Pernambuco pochodzi nawet od indiańskiego słowa oznaczającego "falę rozbijającą się o brzeg".
Nie gościliśmy jednak zbyt długo w miasteczku, gdyż o 4.00 rano następnego dnia mieliśmy samolot do Amazonii - pierwszego "poważnego" punktu naszej wyprawy...Niestety lot odbył się z przygodami, więc na dobrą sprawę jeden dzień z wyjazdu mięliśmy w plecy. Jednak następnego dnia po wylądowaniu wstaliśmy jeszcze przed wschodem słońca i popłynęliśmy na Ilha Papagaio (Wyspa Papug). Pobudka o 3.30 w nocy opłaciła się choćby dla samego wschodu słońca, które w połączeniu z rzeką tworzy niesamowitcie barwne przedstawienia:

